wyspajacka.info

W styczniu brałem udział w bardzo ciekawej i emocjonującej wyprawie podziemnej. Czołgaliśmy się, spaliśmy pod ziemią, pływaliśmy na pontonach i zjeżdżaliśmy po linach. Ale zapraszam do czytania...

W jednym z wcześniejszych artykułów o podziemiach w Tarnowskich Górach napisałem, że jeszcze nie raz będę spał w kopalni. Niestety jakoś ani razu nie udało mi się zorganizować biwaku. Jak to zwykle bywa zamierzenia sobie, a życie sobie.

Było październikowe południe. W roku 2006 niestety słoneczne. Na gg zagadał mnie ?typ? Maras. Powiedział, że chciałby zobaczyć podziemia w TG i, że interesuje go biwak na dwie nocki. Oczywiście chętnie się zgodziłem. Okazało się, że był z Zielonej Góry. Ale nie było to problemem, bo przecież nawet w Polszcze są autostrady.

Zaczęło się umawianie. Właściwie jest to najtrudniejszy etap każdej wyprawy. Ogromną trudnością jest uzgodnienie jednej daty, która pasowałaby wszystkim, czyli dwóm lub trzem, a czasami nawet czterem osobom. Kiedyś spacerując sobie po lesie zastanawiałem się nad tym problemem. Łaziłem i myślałem jak to właściwie jest. Są jakieś prawidłowości? A może to wszystko jest problemem przypadku? Wydaje mi się, że z matematycznego punktu widzenia wygląda to w następujący sposób. A więc: szansa na umówienie się jest odwrotnie proporcjonalna do kwadratu osób, które się umawiają.

Czyli przy dwóch osobach jest to 1/4. Bo podana data może: pasować pierwszej osobie, pasować drugiej osobie, pasować obydwu osobom i nie pasować nikomu. A przy sześciu osobach szansa wynosi 1/36. Szansa 1 oznacza 100% pewności, a 0 oznacza 0% pewności. 0,5 to 50% szans. Choć gdybym miał oceniać szansę na umawianie się w sposób subiektywny oceniłbym to jako odwrotność sześcianu ilości osób próbujących się umówić...

W między czasie umawiałem się z Maćkiem-Geologiem na wyprawę pontonową po podziemiach w Blachówce, a ze znajomymi z Jaworzna oraz z Tomciem na krótki biwak podziemny. Jak to w życiu bywa, znowu planów nie udało się zrealizować. W końcu połączyliśmy wszystkie trzy wyprawy. Mimo, że męczące, to okazało się to najlepszym rozwiązaniem. Ostateczny plan był taki, że razem z ekipą z Zielonej Góry w pierwszy dzień wejdziemy do kopalni w Nowym Kamieniołomie i będziemy tam nocować. Drugi dzień przeznaczymy na wyprawę pontonową do Blachówki.

W piątek 19 stycznia wyruszyliśmy na wyprawę. Mimo, że Maras miał dalej do Tarnowskich Gór niż ja to jednak ja się spóźniłem. Po obejrzeniu kamieniołomu w Blachówce zostawiliśmy nasze pojazdy na podwórku u Tomcia89. Za co jesteśmy Ci Tomek wdzięczni. Zatargaliśmy nasze bagaże do kamieniołomu i zaczęliśmy wchodzenie. Zajęło nam to trochę czasu, bo bagaży było dosyć sporo. Czołganie się z nimi nie było zbyt wygodne.

Po wejściu zostawiliśmy bagaże w salce wejściowej. Zaprezentowałem kopalnię kolegom Marasowi i Rambo. Myślę, że dopiero wtedy zrozumieli co znaczyło powtarzane przeze mnie wcześniej stwierdzenie, że kopalnia w TG składa się ze ?skał, wody i błota?. Łaziliśmy w kombinezonach OP-2 po chodniku wodnym. Oglądnęliśmy szyb Rozalii i chodziliśmy po niskich, zalanych wodą chodnikach.

Wróciliśmy i zrobiliśmy biwak w salce wejściowej. Nie było innych lepszych miejsc. Rozłożyliśmy folię budowlaną. Miała zapewnić względną czystość śpiworów i karimat, co się udało. Trzeba też było usunąć parę kamyków i kamieni bo mogłyby uwierać trochę w plecy. Po urządzeniu biwaku przyrządziliśmy sobie kolację. Próbując posmarować sobie bułkę masłem zorientowałem się, że w temperaturze jaka tu panuje masło jest trudne do smarowania. Następnym razem wezmę coś innego do jedzenia. Potem odwiedził nas Tomcio89. Miał nocować, ale okazało się, że brak jest śpiwora dla niego.

Moje spanie w podziemiach ma zawsze trzy aspekty. Najpierw muszę zasnąć. Przy czym, ciągle pamiętam, że nade mną jest kilkadziesiąt metrów skał i ziemi. Nie wiem czemu czasami to przeszkadza w zasypianiu bardziej niż nierówności i kamienie pod plecami. Potem człowiek zasypia i śpi dobrze, aż do momentu, w którym robi się zimno. I to niezależnie od tego w ile warstw ubrania jest się ubranym i w jak grubym śpiworze się śpi. Ale sen trwa nadal i robi się troszkę cieplej. Tyle, że w końcu trzeba wstać i nie jest to proste, bo trzeba wyściubić nos i resztę ciała z ciepłego śpiwora. Tylko perspektywa śniadania i gorącej herbaty zachęca do tego, aby się ruszyć.

Po śniadaniu trzeba się spakować. A potem wyjść, co zwykle zajmuje dużo czasu. Wyjście jest do góry. Tak samo jak przy wejściu, teraz też uformowaliśmy kolejkę i podawaliśmy sobie rzeczy. Mimo to, wyjście było dosyć męczące. Maras kręcił film i robił zdjęcia kiedy wychodziliśmy. Po nocce spędzonej w kopalni bagaże i wory wydawały się cięższe. Blachówka, salka wejściowa, fot. Kamil W końcu dotarliśmy do aut i pojechaliśmy do Blachówki gdzie czekali na nas koledzy. Byliśmy spóźnieni.

Uzbrojeni w pontony i sprzęt służący do wspinaczki weszliśmy do podziemi kopalni w kamieniołomie w Blachówce. W salce wejściowej znajdowało się wiele instrumentów naukowych. Szliśmy wysokimi chodnikami. Na ścianach były przymocowane kable elektryczne, a na dole wił się gruby wąż z wodą. Woda jest stamtąd wypompowywana na powierzchnię. Prąd służył do zasilania pompy oraz oświetlenia. Najpierw dotarliśmy do salki z oświetleniem elektrycznym. Był tam szyb, z którego czerpie się wodę. Stamtąd niskimi korytarzykami doszliśmy do kolejnego szybu.

Na jego ścianach była umiejscowiona stalowa konstrukcja. Umocowaliśmy linę do niej i parę osób zjechało na dół. Na jego dnie był port czyli mała wysepka z pontonami. Było ich tam kilka. Niestety niektóre dziurawe. Trzeba je było dopompować. Stamtąd mieliśmy rozpocząć pływanie. Maciek płynął sam, ja płynąłem z Kamilem. Płynął też Jarek z kolegą. Na początku, po wypłynięciu z portu zobaczyliśmy rozwidlenia. Płynęliśmy głównym ciągiem. Woda była przezroczysta, chociaż po jakimś czasie stawała się brązowa od mułu na skutek zawirowań wody. Nagle usłyszeliśmy huk albo raczej grzmot. Okazało się, że to Maciek rzucił pontonem o wodę. Dźwięki na skutek wielokrotnego odbijania się od skał i interferencji nieco zmieniły się i przypominały grzmot.

Dopłynęliśmy do szczeliny w chodniku. Pod nią znajdowała się wysepka zbudowana ze śliskiej gliny. Wszyscy oprócz mnie poszli zobaczyć szczelinę. Ja zostałem i pilnowałem pontonów. Kiedy przyszli popłynęliśmy dalej. Wkrótce okazało się to kłopotliwe, bo sufit był coraz niżej. W pewnym momencie trzeba było zdjąć kaski. A potem położyć się w pontonie. Ale sufit był coraz niżej. Sięgał już prawie góry naszego pontonu. Po krótkiej naradzie zdecydowaliśmy, że zawrócimy. W drodze powrotnej Maciek i Kamil robili zdjęcia oraz kręcili filmy.

Kiedy dotarliśmy do wysepki w porcie trzeba było z powrotem wejść szybem do góry. Dla niektórych osób, np. mnie, okazało się to pewnym problemem, bo robiłem to po raz pierwszy. Cała sztuka polegała na tym, że trzeba było przesuwać na linie specjalne przyrządy. Kiedy przesunęło się jeden stawało się na nodze, która była zamocowana na linie. Z początku było to troszkę kłopotliwe, ale później szło mi to troszkę lepiej. Najgorsze jak zwykle były ostatnie metry.

Na górze czekali na nas Maras i Rambo. Spakowaliśmy pontony i zaczął się żmudny powrót. Może to sprzęt był cięższy, a może ja miałem mniej siły. Moja czołówka świeciła dziwnie słabo. Musiałem używać drugiej latarki. W domu okazało się, że zepsuł się akumulatorek. Dosyć dziwne, żeby w baterii czterech ogniw zepsuło się tylko jedno, ale pewnie takie rzeczy zdarzają się. W salce wejściowej odpoczęliśmy chwilkę, a potem wyszliśmy z kopalni do ciemnego, nocnego już świata. Posiedzieliśmy sobie w knajpie w DSD, gdzie zjedliśmy smaczne dania. A potem pożegnaliśmy Marasa i Rambo, którzy odjechali do Zielonej Góry i wróciliśmy naszych domów w Sosnowcu i Jaworznie.

Autorami zdjęć są Maras i Kamil z Forum Klimontowa.

 

2007

Baner1